Mój zespół Z CHARAKTEREM

O różnicach w treningu kiedyś i dziś, mentalnym przygotowaniu i nieocenionej roli medycyny we współczesnej piłce nożnej rozmawiamy z Robertem Kasperczykiem, trenerem TS Podbeskidzie Bielsko-Biała.

 

Ortopedia sportowa: Wrócił Pan do Podbeskidzia po latach. Jak to wyglądało? Jakie były obawy, nadzieje?

Robert Kasperczyk: Wejście mieliśmy w dosyć niełatwą drużynę, z racji miejsca zajmowanego w tabeli i postawy sportowej. Największym problemem była zapaść psychologiczna. To było pierwsze zadanie, na którym się skupiliśmy w styczniu. Myślę, że mamy już ten problem z głowy. Po tych pięciu meczach mogę powiedzieć, że jestem podbudowany postawą zespołu. Wygląda to coraz bardziej optymistycznie i jestem pewien, że w tej rundzie damy jeszcze dużo radości kibicom.

 

OS: Gdy został Pan trenerem Podbeskidzia, kibice wreszcie zobaczyli pasmo sukcesów, chociażby zwycięstwo z Legią? Jak Pan to robi?

RK: Żeby szczerze odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zagłębić się w parę obszarów: psychologiczny, taktyczny, techniczny i fizyczny.

Naprawdę dobrze wyglądaliśmy od strony fizycznej. Jeśli chodzi o taktykę, to dobraliśmy taki sposób gry, który pasuje do umiejętności poszczególnych zawodników. Ale najważniejsze było przygotowanie do tego meczu pod względem mentalnym. I wydaje mi się, pomimo iż pierwsza połowa z Legią nie wyglądała jeszcze tak, jakbyśmy chcieli, to jednak w kontekście całego spotkania udźwignęliśmy ten mecz. Pokłosiem tego była następna wygrana z Górnikiem Zabrze i szybkie doskoczenie w tabeli do drużyn, które znajdowały się przed nami.

OS: Skąd zatem takie nagłe mentalne podbudowanie się zawodników? Czy to Pana zasługa?

RK: To jest kwestia doświadczenia zdobytego w pracy w wielu klubach. Pozwala ono na nabranie dystansu do pewnych rzeczy, przewartościowanie szeroko rozumianej psychologii prowadzenia zespołu. Nie ukrywam, że jest to fundament, na którym chcemy budować coś więcej. Najpierw muszę zdobyć zaufanie zespołu, a drużyna musi zaufać trenerowi. Jak puzzle trzeba ułożyć to, co do siebie pasuje, a wykluczyć elementy, które w zespole nie leżą. Dla mnie jest istotne, żeby po jednym przegranym meczu z Rakowem Częstochowa zawodnicy szybko się podnieśli. Tym bardziej że nie przegraliśmy w stylu, który by nas bardzo obnażył. Była to porażka z drużyną, która będzie walczyć – nie boję się tego powiedzieć – o Mistrzostwo Polski. To zespół bardzo nabity gwiazdami, jak na polskie warunki. Natomiast dla mnie teraz liczy się to, co przed nami, czyli mecze z Lechią Gdańsk, Stalą Mielec, Wartą Poznań.

 

OS: Jak jednym zdaniem określić Podbeskidzie jako drużynę?

RK: Zespół z charakterem – na tym bym się skupił. Wygrana w ostatnich minutach z Górnikiem Zabrze, walka do końca o wynik z Legią Warszawa, granie do ostatniej minuty o poprawę wyniku z Rakowem. To napawa optymizmem od strony charakteru, charyzmy tych chłopaków. Ważne też, że w szatni kreują się przywódcy wśród zawodników. Trener nie może być wszędzie, dlatego tacy ludzie są potrzebni w zespole. A ja też nie należę do szkoleniowców, którzy chcą mieć wszystko pod kontrolą.

OS: Czy bycie takim liderem idzie w parze z pozycją na boisku, na przykład opaską kapitana?

RK: Tak. Gdziekolwiek nie pracowałem, nie siliłem się na demokratyczne wybory kapitana w zespole, tylko jednoosobowo sam podejmowałem decyzję, biorąc pod uwagę charakter danego zawodnika i jego wartość w drużynie. Ale oprócz lidera są także inni zawodnicy, którzy mają predyspozycje przywódcze, do bycia pozytywnym przykładem w szatni. Jest kilku chłopaków w naszym zespole, nie chcę wymieniać ich z nazwisk, bo mógłbym kogoś skrzywdzić. Natomiast jestem podbudowany, że w tym niepewnym początku, kiedy zawodnicy byli psychicznie stłamszeni, powoli zaczęły się kształtować te postaci, które mają pozytywny wpływ na drużynę.

OS: Za poprzedniej kadencji wprowadził Pan Podbeskidzkie do Ekstraklasy. Czy w tej chwili da się odczuć odpowiedzialność ciążącą na Panu?

RK: Presja jest zawsze, w jakiejkolwiek sytuacji byśmy nie byli. Podbeskidzie zaczynało tę rundę z ostatniego miejsca w tabeli, z czterema punktami straty. Jesteśmy dopiero po pięciu meczach. Wiemy, jak zespół funkcjonuje. Najważniejsze mecze przed nami. Natomiast ciśnienie w spotkaniach z drużyną z dołu, góry czy ze środka tabeli, w naszym przypadku, nie ma w ogóle żadnego znaczenia. Presja jest na każdym meczu, dopóki nie zapewnimy sobie utrzymania w lidze. Ale z nią trzeba po prostu nauczyć się żyć i myślę, że z tym nie mamy problemu.